Witaj na moim blogu!

Wiele osób zwraca się do mnie z pytaniem, gdzie mnie teraz można posłuchać. Otóż, obawiam się, że przez jakiś czas tylko w nagraniach archiwalnych. Powiem tak: na jakiś czas wypadłem z anteny. Na żywo "występuję" głównie przed swoją żoną. (Dodam, że nie zawsze moje wystąpienia spotykają się z jej aplauzem.) Tak więc nie za bardzo jest mnie gdzie posłuchać. A poczytać? Czasem coś ukaże się w prasie ewangelicznej, ale najpewniej będzie można mnie "zoczyć" właśnie tu - na moim blogu. Postaram się spotykać z wami na jego łamach regularnie. :-)
A więc zapraszam do lektury.

UWAGA: znowu jestem w obiegu. Od trzech lat "służę Słowem" w ARCE na warszawskiej Pradze. Obsługuję tu jako pastor/kaznodzieja nabożeństwa niedzi-elne i czwartkowe. Ponadto prowadzę spotkania Męskie Rozmowy we wtorki i Spotkania Młodzieżowe w soboty. Nawiasem: na mojej głowie jest też cała działalność charytatywna fundacji ARKA oraz dbanie o jej finanse i wszelkie działania podtrzymujące jej działalność, w tym naprawy i sprawy urzędowe.

sobota, 15 kwietnia 2017

NA WIELKANOC

CZEGOŚ ZABRAKŁO...



Kolejny rok, kolejne święta pamiątki śmierci i zmartwychwstania naszego Pana i Zbawiciela – Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy od wielu lat poczułem przemożną potrzebę, by tę pamiątkę potraktować ze szczególną, z należną jej, czcią.

W zasadzie co roku mam ten sam dylemat: jak powinny być świętowane te dni przez ewangelicznych chrześcijan?

A skąd bierze się ten dylemat? Jak wiecie, to kościół rzymsko-katolicki wprowadził przed wiekami święta pamiątki zarówno narodzenia jak i śmierci i zmartwychwstania Pańskiego. To ich kalendarz kościelny ustala daty tych świąt. To ten kościół narzuca niejako formy obchodzenia tych świąt.

Więc co? Mamy ich nie obchodzić, bo nie jesteśmy katolikami? Absolutnie nie! Bo przecież chcemy pamiętać o ważnych momentach misji naszego Zbawiciela! Ważnych momentach naszej wiary...

Oczywiście znam takich dziwaków, którzy ignorują wszelkie święta tzw. kościelne, bo chcą być tacy "biblijni", że zrywają ze wszelkimi tradycjąmi... Ale dlaczego miałbym chcieć być postrzeganym za dziwaka, z tak błahych powodów jak daty pewnych ważnych pamiątek?

A dochodzi jeszcze aspekt możliwości głoszenia Ewangelii. Mogę się mylić, ale czas świąt wydaje się być najlepszym czasem na ewangelizację – docieranie z Ewangelią tam, gdzie przez resztę roku drzwi dla Ewangelii są zamknięte. (Dla mnie takim miejscem jest Hospicjum Onkologiczne, czy wcześniej Ośrodek Terapii Uzależnień IPiN.)

A jeżeli obchodzić, to jak?

Wiemy, że wiele zwyczajów związanych z tymi świętami nawiązuje do pogańskich tradycji naszego kraju. Palemki,  jajeczka, pisanki, itp. Do tych tradycji z pewnością nie powinniśmy nawiązywać. Ale przecież np. choinka wpisała się już na dobre w zwyczaje końcówki roku i to niezależnie od wyznawanej wiary. Stała się ponadwyznaniowym elementem dekoracji naszych domów i sklepów.

Czy więc mamy walczyć z choinką. Myślę, że nie o to chodzi. A dekoracje wielkanocne w żółtych barwach? Też się przyjęły w naszej kulturze...

O co więc chodzi? Myślę, że chodzi o nasze umysły i o nasze serca. O pamięć, o wspominanie (komunijne wezwanie Jezusa). O post. O rozważanie. O czas skupienia i refleksji...

Z przykrością stwierdzam, że tych elementów brakuje w naszym ewangelicznym chrześcijaństwie. Podczas gdy z niesmakiem patrzymy na różnego rodzaju katolickie procesje, posty i umartwiania, sami częstokroć zapominamy o prawdziwym znaczeniu tych świąt.

Przyznaję, że postu brakuje też w moim życiu. I nie chodzi tylko o wstrzymanie się od pokarmów, ale o wyciszenie myśli, o odpoczynek od codziennego zgiełku – w telefonach, w sklepie, w telewizji, w Internecie...

Dziś próbowałem nawiązać ten internetowy kontakt z innymi chrześcijanami. Szukałem jakieś inspiracji w ewentualnych wpisach na blogach przyjaciół – pastorów, kaznodziejów. Z nielicznymi wyjątkami – niewiele tu znalazłem.

Zamiast tego znalazłem wiele postów na Facebooku o tym, kto ile mięsa kupił (zdjęcie), kto jakie ciasto upiekł (zdjęcie), na jaki spacer, czy wycieczkę się wybrał (dużo zdjęć!)... I wychodzi na to, że - tak jak ja – zapomnieliśmy o czym i po co są te święta...

No tak tak, wiem: wybieramy się, albo nawet już byliśmy w kościele. Obejrzeliśmy jakiś film w temacie świąt, wysłuchaliśmy kazania, lub monologu, albo nawet przedstawienia o śmierci Jezusa... Ale mi chodzi o coś jeszcze innego.

Potrzebujemy czasu refleksji, zatrzymania się, przemyślenia znaczenia tamtej śmierci, tamtego zmartwychwstania. I szczerego, przemyślanego, zrozumiane bo podziękowania Mu za ten wspaniały dar zbawienia. Za Jego pokorną i posłuszną śmierć. Za cierpienie. Za katusze poczucia osamotnienia... Za druzgoczącą świadomość odrzucenia...

Wdzięczność. To słowo chyba najlepiej opisuje rodzaj relacji, jaka powinna cechować nasze podejście do tych świąt. Pomódlmy się: Jezu, dziękuję Ci za to, że umarłeś za mnie, za moje grzechy, na krzyżu!

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Słowo Boże na początek roku 2017



Księga Nehemiasza:

8,1          Zgromadził się tedy cały lud co do jednego na placu, który był przed Bramą Wodną, i uproszono Ezdrasza, pisarza, ażeby przyniósł księgę Zakonu Mojżeszowego, który Pan nadał Izraelowi.
8,2          Przyniósł więc Ezdrasz, kapłan, Zakon na zgromadzenie, złożone z mężczyzn i kobiet, wszystkich, którzy mogli słuchać ze zrozumieniem, a było to pierwszego dnia siódmego miesiąca.
8,3          I czytał z niego na placu, który był przed Bramą Wodną, od samego świtu aż do południa wobec mężczyzn i kobiet, tych, którzy mogli rozumieć, a uwaga całego ludu była skupiona na treści Zakonu.
8,4          A Ezdrasz, pisarz, stał na drewnianym podwyższeniu, sporządzonym w tym celu, obok niego zaś stali z prawej strony Mattitiasz, Szema, Anajasz, Uriasz, Chilkiasz i Maasejasz, z lewej strony natomiast Pedajasz, Miszael, Malkiasz, Chaszum, Chaszbaddana, Zachariasz i Meszullam.
8,5          Ezdrasz więc otworzył księgę na oczach całego ludu, stał bowiem wyżej niż cały lud, a gdy ją otworzył, cały lud powstał.
8,6          Ezdrasz pobłogosławił Pana, wielkiego Boga, a cały lud, podniósłszy swoje ręce odpowiedział: Amen, amen! Następnie skłonili swoje głowy i oddali Panu pokłon z twarzami zwróconymi ku ziemi.
8,7          A Jeszua, Bani, Szerebiasz, Jamin, Akkub, Szabbetai, Hodiasz, Maasejasz, Kelita, Azariasz, Jozabad, Chanan, Pelajasz, Lewici wyjaśniali Zakon ludowi, który stał w miejscu,
8,8          i czytali z księgi Zakonu ustęp za ustępem, od razu je wyjaśniając, tak że zrozumiano to, co było czytane.
8,9          Wtedy Nehemiasz, który był namiestnikiem, oraz Ezdrasz, kapłan i pisarz, i Lewici, którzy objaśniali lud, rzekli do całego ludu: Dzień dzisiejszy jest poświęcony Panu, waszemu Bogu

Wczoraj wieczorem, po obfitym późnym obiedzie, kiedy opychając się orzeszkami słuchaliśmy przebojów z Sylwestra ’74 Wala zadała mi to sakramentalne pytanie „Czy masz słowo na 1. niedzielę nowego roku?” Spokojnie pokręciłem głową, że nie. Jakoś tak nie składało się siadać teraz o 8 wieczorem i brać się za kazanie… 
To był czas gdzie uwaga wszystkich skierowana była na witanie nowego roku – moja też. Więc założyliśmy śmieszne okulary (i inne świecące akcesoria) i oddaliśmy się błogiemu lenistwu… Dotrwaliśmy tak do północy, skacząc po kanałach z Sylwestrem w Katowicach, w Krakowie, w Zakopanem, no i oczywiście z naszym pod Pajacem Kultury.
I poszliśmy spać.

Dziś rano, około 5 – 5.30 obudziłem się i nie mogłem już usnąć. Ale nie było mi źle – po prostu czułem się już wyspany. Kiedy tak chwile jeszcze leżałem z zamkniętymi oczami, nagle zrozumiałem, że to Pan budzi mnie, bym wstał do kazania! Wstałem więc, wypiłem poranną kawę, złożyłem kilka życzeń noworocznych na FB i usiadłem do Słowa… I Pan dał też Słowo.

A jakie to słowo? No właśnie! Jakie to może być Słowo na początek roku? Słowo na początek czegoś nowego. Nowego początku… Jest takie Słowo, które niezmiennie kojarzy mi się z nowym początkiem w życiu chrześcijanina?

Czy pamiętacie jak Nehemiasz zaczął odbudowywać Jerozolimę, stolicę Izraela – po czasie niewoli, po wygnaniu i rozproszeniu narodu? Od czego zaczęli odbudowywać mury Jerozolimy? (PAUZA)
Tak, od wzmocnienia murów. Wzmocnienie murów to bardzo ważne zadanie. Najpierw trzeba wzmocnić mury, by można było odtworzyć strukturę miasta wewnątrz murów. Najpierw trzeba zadbać o bezpieczeństwo…

Ale to był też dziwny czas. Bo lud Boży, lud księgi – Tory – nie miał księgi!!!
Wyobrażacie to sobie: nikt nie czytał bożego listu do swojego stworzenia. Nikt nie znał jej treści. A przecież to tam była pełna informacja o ich Bogu, któremu, jak napisano „będą służyć”. Tam opisano Jego charakter, Jego motywację do stworzenia świata, człowieka. Tam wreszcie zapisane zostało Boże prawo, którego mieli strzec (czytaj: przestrzegać w swoim życiu). Ale jak? Skoro go nie znali…

Czy wyobrażacie sobie chrześcijanina, który nie zna treści Pisma Świętego? To tak, jak kupić sobie jakiś sprzęt (komputer, telefon) i nigdy nie nauczyć się go obsługiwać. Nie zadać sobie trudu przeczytania instrukcji. Taki sprzęt byłby bezużyteczny!

Taki chrześcijanin, którzy nie zna Słowa Bożego, też jest dla Boga bezużyteczny! I powiem coś jeszcze. Biblia to nie jest zaledwie jakaś tam instrukcja obsługi. Bo jak by to było, gdybyśmy mieli z Bogiem tylko taką relacje, ze nauczylibyśmy się Go „obsługiwać”. Bo, na przykład, przeczytalibyśmy w instrukcji, że kiedy czegoś potrzebujemy, to mamy się o to pomodlić. Albo, że Bóg chce byśmy Mu oddawali chwałę (jeśli nie przez cały czas – bo mamy inne ważne sprawy na głowie), to choć w niedzielę. A więc modlilibyśmy się każdego dnia, bo tak jest w instrukcji. A w niedzielę chodzilibyśmy do kościoła, czy do wspólnoty takiej jak ta, żeby się poczuć lepiej – bo oddajemy Bogu to, co Mu się od nas należy. Ot takie „niedzielne chrześcijaństwo”…

Ale może powiesz, że to nie tylko to. Bo Biblia też mówi nam jak mamy żyć, co mamy robić a czego mamy nie robić. I my poza wypełnianiem tych innych rzeczy, o których mówiłem, staramy się też „żyć po bożemu”. Acha, staramy się… Ale czy tak żyjemy? No nie. Przecież jesteśmy niedoskonali, słabi…

No to czegoś tu jeszcze brakuje. Powiem Wam czego: żywej relacji z Bogiem! Bo Bóg księgi nie mieszka w księdze. Ale On mówi do nas przez księgę! Tak, o biblii mówimy ze jest Słowem Bożym. Bo Bóg przemawia do nas przez te księgę. Jak? Odpowiada na nasze pytania. Daje odpowiedzi. Za każdym razem stosownie do sytuacji w jakiej się aktualnie znajdujemy.

Tak, Słowo Boże jest żywe. Bóg jest żywy. I daje nam swojego Ducha, byśmy i my byli ożywieni. Ożywieni w Nim. Ożywieni przez Jego Słowo…

Dlaczego mówię o tym wszystkim. Dlaczego mówię o tym u progu nowego roku. Bo pragnę, byśmy wszyscy – tak jak tu siedzimy – zaczęli ten nowy rok ze Słowem Bożym. I to nie tylko pierwszego dnia tego roku. Nie tylko przez jeden dzień, jeden tydzień, przez jeden miesiąc! Styczeń.
Pragnę, byśmy – wszyscy, tak jak tu siedzimy – rozkochali się w Słowie Bożym – byśmy je studiowali, tzn. czytali co-dziennie, rozważali je dniem i nocą. („Błogosławiony mąż, który Zakon Boży rozważą dniem i nocą!” – mówi Psalm 1)

Bo w Słowie Bożym jest moc, która jest wstanie zmienić nasze życie. Jeśli będziesz je czytał codziennie – choć przez kwadrans – każdego dnia! To zobaczysz, jak zmieni to twoje życie! Doświadczysz niesamowitej przemiany! Jeśli piłeś i nie miałeś siły, by do picia nie wracać, to przestaniesz. Jeśli rzucałeś palenie setki razy i ciągle ci się nie udawało, to przestaniesz. Jeśli ciągle jesteś niezadowolony, wszyscy ci się nie podobają, lubisz myśleć o sobie dobrze a o innych źle, to i od tego Bóg też ma moc cię uwolnić. (I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.)

Ale jaką zasadę chcę Wam drodzy przekazać u progu tego roku 2017? Że chrześcijaństwo to nie jeszcze jedna słaba, bo nie mająca mocy cię zmienić, religia. Bo chrześcijaństwo to nie jakaś tam jeszcze jedna religia. Chrześcijaństwo, to żywa relacja z żywym Bogiem! Relacja, która może wywrócić twoje życie do góry nogami!

Ale żeby ją mieć, musisz czytać Słowo Boże. Musisz! Bo innej drogi nie ma. Niedzielne chrześcijaństwo nie działa. Nazywanie siebie chrześcijaninem, bo jestem zapisany w jakiejś księdze kościelnej – też nie działa! Chrześcijaństwo życzeniowe (staram się być lepszy) – też nie działa. Zdanie się na uczucia – że nie muszę o Bogu czytać – ja go czuję, to też nie działa! (Bo raz Go czujesz a innym razem jesteś w dołku, bo Go nie czujesz – i jak ktoś niedawno powiedział: mało go obchodzi o czym są te święta.)

Jeśli chcesz być nazwany dzieckiem Bożym, jeśli chcesz mieć żywą relację z Nim, jeżeli chcesz doświadczać zwycięstwa nad grzechem w swoim życiu, to zacznij ten rok ze Słowem Bożym. Czytaj je codziennie (choć przez kwadrans!). Módl się, by Bóg otwierał twoje duchowe oczy i by pokazywał ci w swoim Słowie, to co chce byś w nim zobaczył. Módl się: „Otwórz me oczy, abym przejrzał!”
Proś Go, by mówił do Ciebie przez Swoje Słowo. Byś mógł mieć z Nim bardzo osobistą relację. By twoje chrześcijaństwo nie pozostało zaledwie religia na niedzielę, ale żeby stało się integralną częścią twojego życia. A wtedy Bóg dokona transformacji nie tylko twojego życia, ale tez transformacji twojej rodziny i twojego kościoła.

Tak, bo kościół nie będzie silniejszy od sumy siły jego każdego, poszczególnego członka. Więc jeśli zadajesz sobie pytanie, dlaczego mój kościół jest taki słaby, to wiedz, że jedna z przyczyn jest to, że ty jesteś słaby. Ale kiedy odzyskasz siły, jeśli z twoich ust popłynie modlitwa chwały na nabożeństwie, jeśli będziesz miał co niedziela do opowiedzenia, co Bóg robi w twoim życiu, jeśli będzie rozpierała cię energia do działania, do proponowania nowych działań w kościele, to ten kościół przestanie być słaby. To kwestia czasu, kiedy zobaczysz nowe twarze, nowe osoby, młodzież w tym miejscu – na nabożeństwie.

Tak, to wszystko zależy w dużej mierze zależy od Ciebie. Bo ludzie, którzy szukają dla siebie miejsca i odwiedzają nasz kościół w równej mierze przyglądają się kazaniu, porządkowi nabożeństwa, stronie muzycznej – jak i tobie. Nam wszystkim tworzącym ten kościół. Czy jesteśmy gościnni, akceptujący, zainteresowani nimi oraz czy jesteśmy „żywymi” chrześcijanami” – czy z naszych ust płynie żywa modlitwa (i czy w ogóle słychać cię w nabożeństwie – czy może jesteś biernym, konsumpcyjnym chrześcijaninem), czy masz świadectwo codziennego chodzenia z Bogiem. Oczywiście, możesz powiedzieć, że nie podobają ci się niektóre modlitwy, czy niektóre świadectwa. Ale ja ci na to odpowiem: a jakie jest twoje świadectwo, twoja modlitwa. Nie podoba ci się coś, to zaproponuj coś od siebie. 

Ale żeby to wypłynęło z wnętrza twojego serca, to musisz zacząć czytać Jego słowo – a on zacznie Cię zmieniać…


I powiem Ci coś z własnego doświadczenia: to działa!

poniedziałek, 11 lipca 2016


Kazanie Arka niedz. 2016-07-10

Misja Exodus
czyli o bożym wyposażeniu do służby


Tydzień temu mówiłem o tym jak Mojżesz przeprowadził Izraelitów prze Morze Czerwone. Omówiłem też kontekst historyczny tego wydarzenia – czyli: jak do tego doszło, że naród izraelski dostał się w niewolę egipską i o tym jak Bóg powołał Mojżesza – ale omówiłem to skrótowo, nie zatrzymując się na poszczególnych etapach budzenia się jego świadomości przywódczej.
Ale zdarzyło się, że w tym tygodniu obejrzałem świetny film pt. „Królowie i Bogowie”, który był ekranizacją pierwszych rozdziałów księgi Gensis – od momentu czasu prosperity Mojżesza na dworze faraona – aż po przedostanie się na drugą stronę Morza Czerwonego.
Film ten jest ciekawą interpretacją tego, jak możemy spojrzeć na Mojżesza – generała Mojżesza, utalentowanego dowódcę, ulubieńca faraona, wykształconego, nie wierzącego w gusła, bogów i nadprzyrodzoną moc kapłanów. I taki oto człowiek, po splocie nieszczęśliwych (dla niego!) wypadków trafia pod dach kapłana Boga Jahwe, Reguela (Przyja-ciel Boga) lub Jetry – zależnie od miejsca narracji tekstu księgi Exodus). I tam jego bogobojna żona Syppora, próbuje nawrócić go na swoją monoteistyczną wiarę – wiarę w jedynego Boga. (On nie wierzy ani w stu ani w jednego!)
Ale oto nagle ten jedyny Bóg objawia mu się jako „Jestem Który Jestem” i posyła go na misję – misję Exodus… I tu zaczyna się nasza historia. Historia powołania i służby Mojżesza.
Będę chciał dziś omówić osobę i dzieło Mojżesza Amramskiego (Mojżesz Amramowicz Kahat). A Mojżesz to postać ciekawa, niejednoznaczna. To nie jakiś supermen albo wielki mocarz boży  - to zwyczajny człowiek (jak ty i ja): z kompleksami, niską samooceną, nie wierzący w swoje siły, można by rzec – tchórzliwy, mały, wcale nielubiący się wychylać.
Dlaczego więc Bóg go powołał? Dlaczego właśnie jego? Nie mógłby powołać chociażby Aarona, albo od razu Jozuego? I dlaczego czekał aż tak długo – że z generała uczynił strachliwego pastucha. Czy to wszystko ma jakiś sens? Jeśli tak, to bardzo głęboko ukryty… ;-)
Spójrzmy tylko na scenę powołania. Akt pierwszy, scena pierwsza:
1.       Bóg mówi: poślę cię do faraona. M. odpowiada: a kimże ja jestem, bym miał stanąć przed faraonem (może 40 lat temu byłem kimś, a teraz…).
2.       Bóg mówi: najpierw zanim staniesz przed faraonem, musisz przedstawić mój plan synom izraelskim. M. odpowiada: a jak mnie zapytają, kto mnie posłał, to co mam im powiedzieć?
3.       Powiesz im: „Jestem” posłał mnie do was!” A on: a jak nie uwierzą? To rzucisz w nich laską – a laska zamieni się w węża… (To się Mojżeszowi musiało spodobać!!!)
4.       I co wtedy mówi M.? Proszę… poślij kogoś innego…
5.       I dalej: „Proszę Panie nie jestem mężem wymownym, nawet dawniej nim nie byłem, a teraz… I tu Bóg się zdenerwował: „Czy nie ma Aarona, brata twego, lewity?”
6.       Później m. jeszcze kilkakrotnie chce porzucić służbę – kiedy przychodzą pierwsze niepowodzenia. Mówi: Panie, dlaczego mnie tu posłałeś…
7.       I później jeszcze: oto synowie izraelscy nie usłuchali mnie, jakże usłucha mnie faraon?
A co na to Bóg: „Oto ustanawiam cię Bogiem dla faraona a twój brat Aaron będzie twoim prorokiem.”. (7:1) (czytaj twoimi ustami – szofet).   A wcześniej powiedział mu, że będzie „jakby  bogiem” dla Aarona! (4:16)
A teraz o Bożym wyposażeniu:
1.       Bóg posyła mu wyposażenie w postaci „krasomówcy” Aarona – zresztą jego brata według krwi. (Byli jedynymi synami Amrama.) Posyła Aarona i oto idzie już na spotkanie z Mojżeszem. Padają sobie w objęcia i całują się – jak to bracia…
2.       Bóg też daje M. laskę. Pilnuje, żeby zabrał ją ze sobą. Później Mojżesz będzie się mógł, dzięki niej, pochwalić się przed starszyzna kilkoma sztuczkami. A i przed faraonem. I jeszcze podniesie ją przed Morzem Czerwonym.
3.       Kolejne wyposażenie to odpowiedni czas do działania: „zmarli wszyscy, którzy nastawali na twoje życie.
4.       Kolejnym wyposażeniem jest modlitwa – rozmowa z Bogiem. Każdy z nas posiada to narzędzie – taki telefon do Pana Boga. Może z Nim rozmawiać, kiedy chce i o czym chce! (5:22 – 6:cały)
5.       Ale następne wyposażenia to konkretne Boże działanie: plagi jakie Bóg zsyła na Egipt:
1.       Woda zamienia się w krew
2.       Plaga żab
3.       Komary
4.       Muchy
5.       Zaraza bydła
6.       Wrzody i pryszcze
7.       Bardzo ciężki grad
8.       Szarańcza
9.       Gęsta ciemność przez 3 dni
10.   Śmierć pierworodnych (przy tej pladze zatrzymam się nieco dłużej).
Ale jest tu kilka ciekawych momentów:
1.       Przy plagach 4. 5. 7. 10 Bóg wyróżnił Izraelitów (czyli: uczynił różnicę miedzy Izraelitami a Egipcjanami – te plagi nie dotknęły Izraelitów). Jeśli wierzyć precyzji opisu – to tylko te cztery plagi – ale może narrator zapomniał wspomnieć o innych, którymi też Bóg nie dotknął Izraelitów.
2.       Przy pierwszych znakach (laska, woda w Nilu, żaby,) czarownicy faraona też potrafili sprawić te same cuda, ale przy komarach już nie dali rady „próbowali uczynić to samo, lecz nie potrafili…”)
3.       Zawsze, po każdej pladze faraon zmienia zdanie i nie wypuszcza Izraelitów. Bóg zatwardza jego serce. Przy pierwszych 6. jego serce pozostało nieczułe. Przy kolejnych prosi o wstawiennictwo ale później znowu się zacina w sobie i cofa obietnicę… Przy 8. Prawie się nawraca: krzyczy: zgrzeszyłem przeciwko Panu, Bogu waszemu. Przeto przebaczcie jeszcze tym razem mój grzech i wstawcie się do Boga waszego. Niestety po 9. Każe im iść precz i pod groźbą śmierci każe nie zjawiać się przed ich obliczem. Ale Mojżesz spokojnie odpowiada: Dobrze powiedziałeś; już nigdy mnie nie zobaczysz…
4.       Tu znajdujemy już innego Mojżesza. Dużo się nauczył przez okres 10 plag. Poznał Boga w działaniu! Teraz już wie, że nie są ważne ani jego siły ani umiejętności. To Bóg ma wszelką potrzebną moc. I dlatego ten „brudny pastuch” może patrzeć wielkiemu faraonowi prosto w oczy. Z podniesionym czołem. Twarzą w twarz!
Rzeczywiście, M. miał opozycję. Miał prawo się wahać, mieć wątpliwości. Kiedy na skutek „interwencji” Mojżesza, (jak się wydawało nie udanej) faraon dorzuca im ciężaru (nie wydają im słomy), mówią do M i A: „Niech Pan was osądzi, żeście nas tak zohydzili u faraona!”
Mojżesz nie po raz ostatni spotyka się z krytyką. Jest winiony za wszystko: za brak wody na pustyni, za brak przepiórek, za nadmiar przepiórek. Za każdym razem wypominają mu, po co ich zabierał z Egiptu (nie patrząc na to, że to było polecenie Boże).
Tak, że M nie miał lekkiego życia. Ale można by powiedzieć, że „wyrobił się” jako lider, jako przywódca. To już nie jest ten sam Mojżesz, zahukany, niewierzący we własne siły. Bóg uczynił go wielkim mężem bożym i wspaniałym przywódcą.
Jesteśmy tu świadkami bożej transformacji, przemian, jaką Bóg ma moc uczynić z każdym człowiekiem. Dyrektor szkoły biblijnej gdzie wraz z Walą się dawno temu uczyliśmy czasem przeze mnie cytowany, Charlie More, mówił:
„Bóg bierze człowieka, kruszy jego dumę (jego mniemanie o własnej samowystarczalności) i czyni zeń nowego człowieka…” I to właśnie uczynił z Mojżeszem. Z generała uczynił go pastuchem, żeby móc – jak garncarz – ukształtować go na męża Bożego, silnego duchem, silnego wiarą, silnego w Bogu!
Czy chcesz być takim mężem, taką bożą kobietą? Pozwól się bogu skruszyć i na nowo ukształtować…
***
A teraz wróćmy jeszcze do 10. plagi. Jest to dziwna, trudna do zinterpretowania, plaga. Jest to ‘ostateczne rozwiązanie’. Śmierć najstarszego syna w każdej egipskiej rodzinie. Ex 12:29,30.        W filmie faraon nazywa Boga „dzieciobójcą”. Pismo mówi, że „powstał wielki krzyk w Egipcie”. Czy rzeczywiście trzeba było aż tak mocno dotykać te pogańskie rodziny?
„Tej nocy dokonam sądów nad wszystkimi bogami Egiptu, ja Pan!” – powiedział Bóg – „Dzień ten będzie wam dniem pamiętnym i będziecie go obchodzili jako święto Pana, będziecie go obchodzić przez wszystkie pokolenia jako ustanowienie wieczne!”
Widzicie: te dziesięć plag to obraz duchowej walki. Walki o wolność Izraelitów, ale także walki o serce faraona, o serca Egipcjan. Ciekawa jest plaga gradu. Tu Bóg nikogo nie wyróżniał – kto nie schował była pod dach, ten je tracił. Tak samo i tu: kto nie zabił baranka i nie pomalował drwi i framug ten doświadczał tragedii śmierci pierworodnego.

Ta śmierć wskazywała też na konieczność śmierci jednorodzonego Syna Bożego. To Jego krew dziś zbawia. Każdy kto nie skorzysta daru łaski Bożej zginie. Czy to okrutne? Tak. A czy śmierć Zbawiciela nie był okrutna? Tak była okrutna. Ale była konieczna…



NO WAY OUT
(kiedy zamyka się droga wyjścia – kiedy czujemy że jesteśmy osaczeni, w pułapce)


Czy lubicie słuchać stare historie? Czy lubicie czytać historie biblijne? O potopie, o Dawidzie i Goliacie, o Samsonie, Gedeonie, Abrahamie i Mojżeszu? Dziś chcę wam przeczytać taką historię. [Exodus 14]
Ale najpierw tło historyczne. Jak Izraelici znaleźli się w Egipcie? Czy zostali tam sprowadzeni siłą? Podbici i wzięci do niewoli? Nie. Oni znaleźli się tam dobrowolnie. Poprawili sobie komfort życia, status społeczny. Rozmnażali się i prosperowali. Ale nic nie trwa wiecznie… (I umarł faraon, który znał Józefa.)


13,17       A gdy faraon wypuścił lud, nie prowadził ich Bóg drogą do ziemi Filistynów, chociaż była bliższa, bo pomyślał Bóg, że lud, przewidując walki, mógłby żałować i mógłby zawrócić do Egiptu.
13,18       Prowadził więc Bóg lud drogą okrężną przez pustynię ku Morzu Czerwonemu. A synowie izraelscy wyszli z ziemi egipskiej uzbrojeni.
13,19       Mojżesz zabrał też z sobą kości Józefa, gdyż ten związał synów izraelskich uroczystą przysięgą, mówiąc: Gdy was Bóg łaskawie nawiedzi, zabierzcie stąd z sobą moje kości.
13,20       I wyruszyli z Sukkot, i rozłożyli się obozem w Etam, na skraju pustyni.
13,21       A Pan szedł przed nimi w dzień w słupie obłoku, by ich prowadzić w drodze, a w nocy w słupie ognia, aby im świecić, żeby mogli iść dniem i nocą.
13,22       Nie ustępował sprzed ludu słup obłoku w dzień ani słup ognia w nocy.

Wyjście z Egiptu jest obrazem naszego wyjścia z niewoli grzechu. Bóg wyprowadza nas, daje nam nowe życie. Jesteśmy wolni! Jesteśmy nowym stworzeniem!
Bóg prowadzi nas – może nie w słupie obłoku czy w słupie ognia, ale prowadzi nas dając nam wiele wspaniałych wskazówek i podpowiedzi w Słowie.
Daje nam też Ducha Świetego, który – wspólnie ze Słowem – kształtuje nasze nowe, dobre sumienie…
Zabieramy też w tę podróż kości naszych ojców – to są pewne tradycje rodzinne – nie możemy odciąć się od naszej przeszłości. To jaki jesteś ukształtowali twoi rodzice – ich wiara (bądź jej brak). Ich przekonania, zasady…
I uwaga: czasem droga, którą prowadzi nas Bóg prowadzi nas drogą okrężną. Dlaczego? On wie…

14, 1        Potem odezwał się Pan do Mojżesza, mówiąc:
14,2         Powiedz synom Izraela, aby zawrócili rozłożyli się obozem pod Pi-Hachirot, między Migdolem a morzem, naprzeciw Baal-Safon. Będziecie obozować naprzeciw niego nad morzem.
14,3         Faraon zaś powie o synach izraelskich: Zabłądzili w kraju, zamknęła ich pustynia.
14,4         Przywiodę do zatwardziałości serce faraona i będzie ich ścigał. Ja zaś okryję się chwałą kosztem faraona i całego jego wojska i poznają Egipcjanie, żem Ja Pan. I tak uczynili.
14,5         A gdy doniesiono królowi Egiptu, że lud uciekł, odmieniło się serce faraona i jego dworzan względem ludu i mówili: Cóżeśmy to uczynili, żeśmy wypuścili Izraelitów, tak że nam już nie służą?
14,6         Kazał więc zaprząc wóz swój i wziął ludzi swoich ze sobą.
14,7         Wziął też sześćset dobranych wozów i wszystkie inne wozy egipskie, i wybranych wojowników na każdym.

Czyżby Bóg wprowadzał ich w ślepą uliczkę. Drogę bez wyjścia, w pułapkę?
Ależ to była prawda! Byli w pułapce…
Boże priorytety są różne od naszych. (Pamiętacie: „odpuszczone są ci grzechy twoje…”)
Nam zależy na bezpieczeństwie. Ale Bóg przede wszystkim chce budować naszą wiarę, nasze zaufanie do Niego. Bóg pragnie naszej świętości.


14,8         I przywiódł Pan do zatwardziałości serce faraona, króla Egiptu, tak że ścigał synów izraelskich. A synowie izraelscy wychodzili pod osłoną podniesionej ręki.
14,9         Egipcjanie ścigali ich, wszystkie konie i wozy faraona, jego jeźdźcy i jego wojsko, i dogonili ich obozujących nad morzem, koło Pi-Hachirot naprzeciw Baal-Safon.
14,10       A gdy faraon się zbliżył, synowie izraelscy podnieśli oczy swoje i ujrzeli, że Egipcjanie ciągną za nimi, i zlękli się bardzo. Wołali tedy synowie izraelscy do Pana,
14,11       a do Mojżesza rzekli: Czy dlatego, że w Egipcie nie było grobów, wyciągnąłeś nas, abyśmy pomarli na pustyni? Cóżeś nam to uczynił, wyprowadzając nas z Egiptu?
14,12       Czy nie powiedzieliśmy ci tego już w Egipcie, mówiąc: Zostaw nas w spokoju, będziemy służyli Egipcjanom, gdyż lepiej nam służyć Egipcjanom, niż umierać na pustyni.
14,13       Na to rzekł Mojżesz do ludu: Nie bójcie się, wytrwajcie, a zobaczycie pomoc Pana, której udzieli wam dzisiaj! Egipcjan, których dzisiaj oglądacie, nie będziecie już nigdy oglądali.
14,14       Pan za was walczyć będzie, wy zaś milczcie!
14,15       Potem rzekł Pan do Mojżesza: Dlaczego wołasz do mnie? Powiedz synom izraelskim, aby ruszyli.

Bóg czasem prowadzi nas w takie miejsca, gdzie sami nic nie możemy poradzić. (Łazarz umarł – gdybyś tu był…).
„Jeżeli chcesz zobaczyć Boga w działaniu, to zamierz coś, co jest ponad twoje siły – dopóki czujesz, ze dasz radę, że twoje możliwości, obdarowania, układy doprowadzą cię tam, gdzie chcesz, to nie  potrzebujesz Boga!
Reakcja zboru: to twoja wina, gdzie nas wyprowadzi-łeś, tam było nam lepiej! Zostaw nas w spokoju. Lepiej jest służyć wrogowi niż umierać na pustyni. (Czasem życie chrześcijańskie może okazać się trudniejsze niż życie jakie prowadziliśmy wcześniej!
Mojżesz zachęca lud. No, wreszcie jest liderem, przy-wódcą – tego się od niego oczekuje. Ale ja zdaję sobie pytanie – czy on sam w to wierzył, co mówił?
ßtak się stało (patrz 25) Rz.8:31 – „Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam!”
RUSZ SIĘ!

14,16       Ty zaś podnieś laskę swoją i wyciągnij rękę swoją nad morze, i rozdziel je, a synowie izraelscy przejdą środkiem morza po suchym gruncie.
14,17       A oto Ja przywiodę do zatwardziałości serce Egipcjan i pójdą za nimi. Wtedy okryję się chwałą kosztem faraona i całego jego wojska, i jego rydwanów, i jego jeźdźców.
14,18       I poznają Egipcjanie żem Ja Pan, gdy się okryję chwałą kosztem faraona, jego rydwanów i jego jeźdźców.
14,19       A anioł Boży, który kroczył przed obozem Izraela, przesunął się i szedł za nimi. I ruszył słup obłoku sprzed oblicza ich i stanął za nimi, tak iż
14,20       wsunął się między obóz Egipcjan i obóz Izraela. Z jednej strony obłok był ciemnością, z drugiej zaś strony rozświetlał noc. I nie zbliżyli się przez całą noc jedni do drugich.
14,21       A Mojżesz wyciągnął rękę nad morze. Pan zaś sprowadził gwałtowny wiatr wschodni wiejący przez całą noc i cofnął morze, i zamienił w suchy ląd. Wody się rozstąpiły.
14,22       A synowie izraelscy szli środkiem morza po suchym gruncie, wody zaś były im jakby murem po ich prawej i lewej stronie.
14,23       Egipcjanie ścigali ich i weszli za nimi w środek morza - wszystkie konie faraona, jego rydwany i jego jeźdźcy.
14,24       A nad ranem spojrzał Pan na wojsko Egipcjan ze słupa ognia i obłoku, wzniecił popłoch w wojsku egipskim
14,25       i sprawił, że odpadły koła jego rydwanów, tak że z trudnością mogli posuwać się naprzód. Wtedy rzekli Egipcjanie: Uciekajmy przed Izraelem, gdyż Pan walczy za nich z Egipcjanami.
14,26       Pan zaś rzekł do Mojżesza: Wyciągnij rękę nad morze, aby się wody wróciły i zalały Egipcjan, ich rydwany i ich jeźdźców.

Ty zaś… Jest coś, co musisz zrobić, aby uwolnić moją moc. Pokaż wiarę! Pokaż, ze wierzysz!
4 razy Bóg mówi o możliwości zmieniania serca… Ale po co Bóg to czynił? Żeby teraz ich porzucić – pozos-tawić na łasce losu?
ß  I rzeczywiście poznali… (25, 31)
Anioł teraz osłania ich tyły. Ale wyobraź sobie, co po-myśleli, gdy anioł prowadzący ich z przodu nagle znikł
…a on chronił ich tyły!    (Ale wróg nadal jest blisko!)
Bóg zaślepił oczy Egipcjan: woń ku śmierci, kamień o który się potkną, dla pogan głupstwo (głupota!)…
Boża broń: wiatr i fale. (Mt.8,26 „kim on jest, że nawet wiatr i morze są mu posłuszne?!”
Bóg zadziałał: przeszli „suchą nogą”! Czy miałeś/miałaś takie doświadczenie w swoim życiu?

14,27       Mojżesz wyciągnął rękę nad morze i wróciło morze nad ranem na swoje miejsce, podczas gdy Egipcjanie uciekali w jego stronę. Tak wtrącił Pan Egipcjan w sam środek morza.
14,28       Powracające wody okryły wozy i jeźdźców całego wojska faraona, które weszło za nimi w morze. Nie ostał się z nich ani jeden.
14,29       Synowie izraelscy zaś przeszli po suchym gruncie środkiem morza, a wody były im jakby murem po ich prawej i lewej stronie.
14,30       Tak wybawił Pan w tym dniu Izraela z ręki Egipcjan; i widział Izrael Egipcjan martwych na brzegu morza.
14,31       Izrael ujrzał wielką moc, jaką okazał Pan na Egipcjanach, a lud bał się Pana i uwierzyli w Pana i w sługę jego Mojżesza.

ß Kto wjeżdża w morze samochodem? Głupi, czy co?! (Patrz: 28 – „powracające wody okryły wozy…”)
Morze w St. Test. Symbol złych sił. Egipt: potwór morski. Bóg ma moc nad morzem: nad złymi siłami. On może pokonać szatana!
Bóg wyratował Izraelitów z Egiptu – wyrwie ich też z morza!
2Tym1:12 -  „I pewien jestem, że On ma też moc zachować, to co mi powierzono, do owego dnia…”

Zakończenie: 

Zasada: à wy à ty à Pan  (13 – 16)

Wytrwajcie à wyruszcie à nie będziecie oglądali

sobota, 26 marca 2016

PEWIEN  MŁODY  MĘŻCZYZNA

A pewien młodzieniec szedł za Nim, odziany prześcieradłem na gołym ciele.
Chcieli go chwycić, lecz on zostawił prześcieradło i nago uciekł od nich.” Mk 14:51-52

To dziwny fragment jak na kazanie wygłaszane w wielkanocną niedzielę, nieprawdaż? Jednakże te dwa wersy są zarówno dziwne jak i fascynujące!

Na pierwszy rzut oka wydają się nijak nie przystawać do reszty dokumentu. Wydają się odstawać od całości opowiadania i burzyć jego logiczną całość.  Pozornie nie wnoszą niczego nowego i tak naprawdę bez szkody dla narracji można by je pominąć.

I rzeczywiście Mateusz i Łukasz, którzy opierają swoje świadectwa (czytaj: ewangelie) o ewangelię Marka pomijają ten fragment markowej narracji. Dlaczego więc dla Marka wydaje się to ważne, by te dwa wersy znalazły się w jego wersji opisu wydarzeń o życiu i dziele Jezusa? Musi być jakiś powód. Musi istnieć jakieś wytłumaczenie…

Ale po kolei: Ostatnia wieczerza, Modlitwa w Getsemane, Teraz następują tragiczne wydarzenia: Pojmanie Jezusa (pocałunek Judasza, krótka potyczka i ucieczka uczniów w mrokach sadu oliwnego).
I w tym miejscu pojawia się wzmianka o pewnym młodzieńcu. Kim on był? Półnagi w środku nocy. Dlaczego idzie za Jezusem? Czy jest tylko gapiem, czy może psychicznie chorym człowiekiem, czy jak często opisuje ewangelia, opętanym, półnagim nieszczęśnikiem mieszkającym w grobach? Jeśli tak, to czemu idzie za Jezusem? Może potrzebuje Jego dotknięcia, uzdrowienia, ulitowania się. A jeśli tak, to jest już za późno.

Niektórzy komentatorzy domyślają się, ze może to jeden z uczniów Pana Jezusa: Jakub lub Jan? Ale przecież werset wyżej czytamy, że wszyscy uczniowie Go opuścili! A wiec chyba to żaden z nich… A więc może to jeden z wyznawców Jezusa. To ważne: uczniowie Go porzucili a on za nim idzie… Musi to być ktoś zdeterminowany, przywiązany do Mistrza, kochający go bardziej niż swoje życie…

To dość niecodzienna i kłopotliwa sytuacja: Oto jakiś naśladowca Jezusa kroczy za Nim niekompletnie ubrany. (Lniane płótno na gołe ciało.) A później jeszcze z konieczności ucieka nago! Może to ktoś, kto mieszka w pobliżu i usłyszawszy zgiełk zbudził się wyszedł narzuciwszy na siebie co miał pod ręką (w tamtym klimacie spanie nago mogło być normą).

Dlaczego jednak Marek interesuje się tym epizodem i umieszcza jego opis w swojej ewangelii:
1.    Może chciał, cytując to wydarzenie, podkreślić samotność Jezusa w świetle doświadczenia opusz-czenia przez przyjaciół i najbliższych „współpracowników” znalazł się ktoś, kto Go nie opuścił.
2.    A może chciał uzmysłowić czytelnikowi grozę sytuacji – oprawcy próbują pochwycić młodzieńca.
3.    Może chciał tym usprawiedliwić postępek uczniów – pokazując że oprawcy próbują pochwycić każdego, kto najwyraźniej był naśladowcą Jezusa

Najwyraźniej ten incydent, nieważny dla pozostałych ewangelistów, był ważny dla Marka. Dlaczego?
Żeby odnaleźć odpowiedź na to pytanie musimy zadać sobie pytanie, kim jest Marek ewangelista. Nie należał do ścisłej „dwunastki” najbliższych współpracowników Jezusa – pomimo, że żył „w Jego czasach”. Nazywał się Jan Marek. To w domu jego matki zbierał się pierwszy zbór judeochrześcijański – wiemy to z Dziejów Apostolskich (12:12). Jeżeli tak, to więcej niż prawdopodobne jest, że to właśnie w tym domu Jezus spożywał ostatnią wieczerzę paschalną ze swoimi uczniami. W domu Marka! Być może Marek był tam razem z uczniami podczas wieczerzy. Z pewności był zafascynowany postacią i nauką Jezusa.

Jednak Marek był za młody, by „chodzić razem z Jezusem i uczniami”. W tamtym czasie był jeszcze chłopcem albo co najwyżej bardzo młodym mężczyzną… Czy już zaczyna nam coś świtać? TAK, to Marek najprawdopodobniej był tym młodym mężczyzną, który podążał za Jezusem, gdy Jego uczniowie „parszywa dwunastka” rozpierzchli się i poukrywali w przysłowiowych „mysich dziurach”.
Marek, podobnie jak Jan w swojej ewangelii pisze o sobie w trzeciej osobie. Skromność nie pozwala mu się inaczej podpisać, czyniąc wzmiankę, że i on tam wtedy był… A więc pisze „Jakiś młody mężczyzna”, tak jak Jan pisząc o sobie nazywa się „uczniem, którego miłował Jezus”. Widać tak było wtedy przyjęte…
Jak więc Marek się tam znalazł – a znalazł się w nie lada niebezpieczeństwie, bo rozwścieczona zgraja, która porwała się na (osobistą wolność) Jezusa, szukała też i tych którzy „chodzili z Jezusem”. Nie wiemy jak się tam znalazł. Możemy się tylko domyślać.

Możliwe jest, że Judasz, który wyszedł jeszcze podczas wieczerzy, wrócił do domu matki Marka, myśląc, że zastanie tam jeszcze biesiadników, ale oni odeszli modlić się do gaju oliwnego zwanego Gestesamne (Tłocznia Oliwy). Więc Judasz tam skierował swoje kroki.
Bardzo możliwe, że Marek próbował ich wyprzedzić by ostrzec Jezusa. To dlatego zdążył tylko narzucić na siebie lnianą szatę (tu nazwaną prześcieradłem, aczkolwiek raczej nie używano wtedy prześcieradeł, w takim sensie jak to jest dziś.
Niestety nie zdążył ostrzec Jezusa. Kroczył więc za Nim zrozpaczony (gdyż zapewne był doń bardzo przywiązany). A więc, w takim wypadku, widzimy, że jego dziwny ubiór, a później i jego brak dają się logicznie wytłumaczyć. Może nawet jego niekompletny ubiór uratował mu życie, bo dzięki temu, mógł się wyrwać z ręki oprawców, zrzucając z siebie prześcieradło. 

Trochę to może wstydliwe dla Marka, pisać o nocnym maratonie na golasa, za to najwyraźniej było to wydarzenie prawdziwe i dramatyczne, i Marek postanowił o nim wspomnieć… Pisząc o sobie w trzeciej osobie Marek między wierszami daje nam do zrozumienia, że on też tam, jako chłopiec, był obecny.

Ale jak to wydarzenie łączy się z tematem świąt Wielkanocy?

Jest w tym epizodzie coś, co z pozoru błahe, po uważnym przyjrzeniu się zaczyna fascynować… Fascynujące staje się przeciwstawienie sytuacji Jezusa z sytuacją tego „uciekającego” młodzieńca…

Otóż stary testament często posługuje się tzw. typologią. I tak np. wymaganie, żeby Abraham złożył w ofierze jednorodzonego syna Izaaka to nic innego jak typologia wskazująca na to , co Bóg uczyni później – ofiaruje swojego Syna na ofiarę za grzech całego świata.
Trzy inne postacie Starego Testamentu, które były typem i zapowiedzią Osoby i dzieła Chrystusa to prorok Jonasz, Mojżesz i Melchizedek.

A  więc przenieśmy się na chwilę do Starego Testamentu. W Księdze Leviticus (Kapłańska, IIIM) czytamy że kapłan ma wziąć ze sobą do świątyni dwa kozły.
16,7-10 Potem weźmie owe dwa kozły i postawi je przed Panem u wejścia do Namiotu Zgromadzenia. Następnie Aaron rzuci losy o te dwa kozły: jeden los dla Pana, a drugi los dla Azazela. Potem przyprowadzi Aaron tego kozła, na którego padł los dla Pana, i złoży go na ofiarę za grzech, kozła zaś, na którego padł los dla Azazela, postawi żywego przed Panem, by nim dokonać przebłagania, a potem wypędzić go do Azazela na pustynię.
15a: Następnie zarżnie kozła na ofiarę za grzech ludu i wniesie jego krew poza zasłonę […]
22c-22 [Następnie] przyprowadzi kozła żywego. I położy Aaron obie swoje ręce na głowie kozła żywego, i […] wypędzi go przez wyznaczonego męża na pustynię.

A więc w historii z uciekającym młodzieńcem zawarta jest pewna symbolika (pewne znaczenie przenośne), która podkreśla rolę Jezusa, jako „kozła ofiarnego”. Nagi młodzieniec uchodzi cało i zdrowo – krew Jezusa zostaje wlana za wielu. Jeden kozioł zostaje puszczony wolno, Następnie [kapłan] zarżnie kozła na ofiarę za grzech ludu i wniesie jego krew poza zasłonę […]

Pan Jezus, spożywając z uczniami ostatnią wieczerzę:
Mt 26,26  A gdy oni jedli, wziął Jezus chleb i pobłogosławił, łamał i dawał uczniom, i rzekł: Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich i podziękował, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy; albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów.

Hebr 9,11-15      Lecz Chrystus, który się zjawił jako arcykapłan dóbr przyszłych, wszedł raz na zawsze do świątyni nie z krwią kozłów i cielców, ale z własną krwią swoją, dokonawszy wiecznego odkupienia. Bo jeśli krew kozłów i wołów przywracają cielesną czystość, o ileż bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego ofiarował samego siebie bez skazy Bogu, oczyści sumienie nasze od martwych uczyn-ków, abyśmy mogli służyć Bogu żywemu. I dlatego jest On pośrednikiem nowego przymierza, ażeby gdy poniesiona została śmierć dla odkupienia przestępstw popełnionych za pierwszego przymierza, ci, którzy są powołani, otrzymali obiecane dziedzictwo wieczne.

To dość trudny tekst. Ale jego sens jest prosty. Autor listu do Hebrajczyków wyjaśnia znaczenie przelania krwi Jezusa dla naszego zbawienia. Pisze, że o ile krew cielców i kozłów spełniała zadanie w Starym Przymierzu, to o ileż bardziej krew Syna Bożego , który ofiarował siebie bez skazy na ofiarę złożoną Bogu, jest wystarczająca, by oczyścić nas od grzechu. I dlatego Jezus stał się pośrednikiem Nowego Przymierza.

Rozumiesz? Aron wchodził za zasłonę świątyni z krwią kozła, którego wcześniej zarżnął! Jezus, umierając na krzyżu, tym samym wszedł raz na zawsze do świątyni nie z krwią kozłów i cielców, ale z własną krwią swoją, dokonawszy wiecznego odkupienia.
Dlatego kiedy umierał na krzyżu (za mnie i za ciebie) powiedział: wykonało się, a centurion słysząc to wydał świadectwo, iż zaiste ten jest Synem Bożym.

Epizod z uciekającym młodzieńcem był zapowiedzią tego, jaką śmiercią Jezus umrze. Stał się kozłem ofiarnym. Jezus stał się ofiarą przebłagalną przed Bogiem, ofiarą złożoną za nasze grzechy. Stał się naszym odkupieniem. Tym samym wymazał obciążający nas „list dłużny”. (List dłużny to jak weksel, który mówi, że zanim nie spłacimy długu, jesteśmy dłużnikami i o ile go nie spłacimy, czeka nas sąd i więzienie.] Jezus wziął na siebie nasz grzechy, wykupił nasz dług, zapłacił za niego własną krwią...

Jezus stał się kozłem ofiarnym – i o tym przypomina nam scena z uciekającym nagim młodzieńcem – być może samym Markiem ewangelistą – kiedy jeszcze był chłopcem.


Podziękujmy Jezusowi za Jego krew, która się za nas wylała…

sobota, 2 stycznia 2016

CYKL: PYTANIA DO PANA BOGA - 2 stycznia 2016

Dziś i od kilku dni pochylałem się nad tematem Bożej chwały – czym ona jest i jaka powinna być nasza na nią reakcja (lub, jak wolisz, odpowiedź).

Byłem właśnie pochłonięty lekturą nowo wydanej książki Czesia Basary pt. „Chwała na wysokościach Bogu…”, kiedy „zaplumkał” mój tablet i w Messengerze odczytałem szokującą wiadomość: nasi znajomi, rodzina zaangażowana w niesienie innym poselstwa miłości – cała trójka – nie żyje!!! Prowadząc dalej konwersację z niemniej niż ja zszokowaną znajomą, dowiedziałem się dalszych szczegółów tego smutnego wydarzenia. Cała sprawa wyglądała na zabójstwo, gdzie zabójcą był mąż a ofiarami żona i córeczka (było to młode małżeństwo) oraz samobójstwo zabójcy, który następnie skończył ze sobą…

Ten spokojny sobotni poranek został teraz zdominowany przez tę elektryzującą wiadomość. Gorączkowe poszukiwania w Internecie dalszych szczegółów: kim byli, czy coś wcześniej wskazywało, że może dojść do tej tragedii? Dlaczego nikt nic nie zrobił? Czy w ogóle ktoś wiedział o ich problemach? Setki pytań kłębiły się w głowach: mojej, mojej żony Wali i dwójki naszych znajomych, którzy postanowili podzielić się z nami swoimi dylematami via Internet a później też telefon…

Jeszcze bardziej zszokowało nas pytanie na jednym z portali: czy to ten sam Łukasz, który wcześniej chciał poderżnąć gardła matce i siostrze? Mam nadzieję, że nie. Chociaż jeśli to ten sam, to widać, że miał poważne problemy psychiczne… Jak to?! I nikt nic nie zauważył? A może zauważył, tylko nie chciał się wtrącać…

Nasza znajoma zauważyła, ze przecież nasze społeczności (ta rodzina należała do kościoła baptystów) są tak małe, że nic się w nich nie jest w stanie ukryć. Nie zgodziłem się z tym stwierdzeniem: znam przypadki gdy latami ktoś „świetnie” się  krył ze swoimi złymi skłonnościami, nałogami, oszustwami. Poza tym jest też coś takiego jak wstyd. Być może żona wolała nikomu nie mówić, że jej mąż czasami wpada w furie… (Jeśli, oczywiście, tak było.) Druga sprawa to anonimowość – uszanowanie autonomii rodziny. Nie wtrącamy się, to nie nasza sprawa, jakoś sobie poradzą…

Ale jest jeszcze inny aspekt – i on mnie najbardziej niepokoi. Podam przykład.
Otóż całkiem niedawno (właściwie tego samego poranku) otrzymałem inną niepokojącą wiadomość: dzwoniła żona człowieka który jest „nawróconym alkoholikiem”… No właśnie: co to znaczy? To znaczy mniej/więcej to, że człowiek ten nadużywał alkoholu, ale od chwili gdy się nawrócił – walczy z tym nałogiem (z większym lub mniejszym powodzeniem). I właśnie teraz jest ten czas niepowodzenia. Bardzo mi się zrobił żal tej dziewczyny, która, wychodząc za mąż za człowieka z taką przeszłością, ufała, że Bóg go zmienił, a jeżeli jeszcze nie do końca (bo przecież nikt z nas nie jest do końca przez Boga zmieniony), to zapewne pomału go zmieni i wszystko będzie dobrze…

Tak zapewne myślała też żona Łukasza. Myślała, bo teraz już nie myśli, nie oddycha, nie żyje.
I co? I gdzie jest Bóg w tym wszystkim? – ciśnie się na usta pytanie…
Boże gdzie jesteś? Czy rzeczywiście masz moc zmienić człowieka? Jego charakter? Jago nawyki?

A może to my, ludzie, popełniamy błąd? Zaniedbując siebie nawzajem? Zaniedbując siebie samych, swój rozwój emocjonalny, psychiczny, duchowy… Wiem o tym, bo ja też noszę w sobie złe nawyki, i walczę z nimi. Ale proszę też innych o pomoc. Jak trzeba zwracam się do fachowców…

Przecież tej rodzinie można było pomóc! Oni mogli poprosić o pomoc – on, albo ona… Dlaczego tego nie zrobili? Dlaczego nikt nie wiedział? A jak wiedział, to dlaczego nic nie zrobił?! A może ktoś, jakiś duszpasterz pomodlił się z nimi i od czasu do czasu zapytał, czy wszystko dobrze… Ale to widać było za mało…

Jakiś czas temu, moi sąsiedzi poprosili mnie żebym porozmawiał z młodym, około 40-letnim sąsiadem, który ewidentnie nie radził sobie ze sobą: pił, tracił pracę, rozładowywał na najbliższych swoje złe emocje… Spotkałem się z nim, szczerze porozmawialiśmy. Podziękował, powiedział że mu pomogło i poprosił, czy jeszcze kiedyś zachcę się z nim spotkać. Potwierdziłem, że chętnie. I na tym się skończyło… Dosłownie, bo za kilka miesięcy później gruchnęła wiadomość że Darek odebrał sobie życie. Podobno często mówił że to zrobi – ale nikt mu nie wierzył… Byłem na jego pogrzebie, i patrząc na jego zastygłe w objęciach śmierci ciało nie mogłem wyzbyć się myśli, że czegoś tu nie dopełniłem…

Kiedyś Kaziu Barczuk miał wygłosić kazanie na pogrzebie kogoś kto odebrał sobie życie. Jako podstawę kazania obrał werset: „Panie, gdybyś tu był, nie umarłby brat mój!” – to skarga Marty i Marii sióstr zmarłego Łazarza, którego potem Jezus wskrzesił. No cóż, powiemy, tamto wskrzeszenie było wyjątkowe. To był szczególny przypadek.

A co z Łukaszem, co z jego żoną i córeczką? Co z Darkiem, co z innymi, którzy odeszli w tak bezsensowny sposób? 


czwartek, 29 marca 2012

Tytułem wstępu.

Właśnie dziś przejrzałem swój stary blog w którym zamieściłem cykl sześciu czy siedmiu artykułów na temat ciemnych dolin w naszym (ogólnie: wszystkich) życiu. Cykl ten oparłem o kluczowy wers Psalmu 23 (nota bene: często czytanego na pogrzebach!): "Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną..." Kiedy pisałem tamte refleksje (kolejne 6 wzmiankowanych w Bożym Słowie dolin symbolizowało 6 różnych aspektów przechodzenia przez trudne okresy w życiu) byłem wtedy po świeżo przebytym udarze, Udar ten obszedł się ze mną łagodnie - poza nieznacznym niedowładem lewej strony wszystko wróciło do normy. Wspomnę jeszcze, że cykl ten stanowił podstawę moich porannych rozważań na wczasach rodzinnych, które w 2011 wspólnie z Walą zorganizowaliśmy dla rodzin ze wspólnoty protestanckiej, w której wówczas pracowaliśmy.

Dziś, kiedy ponownie czytałem niektóre z tych refleksji, zobaczyłem je w trochę innym świetle. A to z uwagi na to, że nasze dzisiejsze doświadczenia mają inny charakter - nasze obecne próby mają do czynienia już nie z utratą zdrowia, ale z utratą pracy. I to nie tylko jako źródła utrzymania ale też, albo może przede wszystkim,  wyraźnego i spójnego celu w życiu. I choć zarówno jedna jak i druga strata spadły na nas niespodziewanie, to ta druga bardziej boli i jest trudniejsza "do oswojenia". Bo w grę wchodzi również zawód z powodu braku integralności drugiego człowieka, pytanie o Bożą zgodę na pewne niepokojące praktyki, i krzyk "o pomstę do Nieba".

Oczywiscie czas próby, to czas odżałowania straty, to pogodzenie z zaistniałą sytuacją, to szukanie odpowiedzi na życiowe pytania. To czas refleksji, zadumy i smutku. ale również czas pewnych odkryć, spojrzenia na życie w inny niż dotychczas sposób. Bo na przykład taka refleksja przeczytana dziś w cyklu o "Dolinach": Człowiek znajdujący się u szczytu swoich osiągnięć, kiedy wszystko się układa, podnosi głowę wysoko w górę i rzadko spogląda w dół - tam skąd przyszedł, skąd się wywodzi. Zapomina o tym że kiedyś musiał znosić niesprawiedliwe decyzje innych (często nawet ich kaprysy). Teraz to on jest górą!

Przez dwadzieścia lat mojej służby, to tak na prawdę ja "byłem górą". To z moimi decyzjami inni musieli się liczyć, a czasem pogodzić... Teraz dotknęło to mnie. Teraz to ja jestem w dolinie a ktoś jest "górą". Dziś - z tą wiedzą, jaką mam - podejmowałbym zupełnie inne decyzje. Wiedząc, jak niedojrzałe jest "szafowanie ludzkim losem" tylko po to, by moje ambicje miały się dobrze. Żeby postawić na swoim! Teraz wiem, jak to boli, kiedy nie ma woli kompromisu - kiedy nie można liczyć na zrozumienie, wysłuchanie, na dyskusję, czy rozmowę. Kiedy "szef" spotyka się z tobą tylko po to, by zakomunikować ci swoją "nieodwołalną" decyzję.

Tak że, w pewnym sensie znalezienie się "ciemnej dolinie" jest pozytywne - a powiem nawet: uszlachetnia. Byleby tylko nie było to jak z mandatem za przekroczenie prędkości. Taki mandat na początku boli, sprawia że pamiętamy o zdejmowaniu nogi z pedału "gazu".  Ale wkrótce "apiat" robimy to samo - rozpędzamy się "ile się da" na prostych odcinkach drogi. I tyle po dobrej nauce... Mam nadzieje, że tak nie będzie!