CYKL: PYTANIA DO PANA BOGA - 2 stycznia 2016
Dziś i od kilku dni pochylałem się nad tematem Bożej chwały –
czym ona jest i jaka powinna być nasza na nią reakcja (lub, jak wolisz,
odpowiedź).
Byłem właśnie pochłonięty lekturą nowo wydanej książki Czesia
Basary pt. „Chwała na wysokościach Bogu…”, kiedy „zaplumkał” mój tablet i w
Messengerze odczytałem szokującą wiadomość: nasi znajomi, rodzina zaangażowana
w niesienie innym poselstwa miłości – cała trójka – nie żyje!!! Prowadząc dalej
konwersację z niemniej niż ja zszokowaną znajomą, dowiedziałem się dalszych
szczegółów tego smutnego wydarzenia. Cała sprawa wyglądała na zabójstwo, gdzie
zabójcą był mąż a ofiarami żona i córeczka (było to młode małżeństwo) oraz
samobójstwo zabójcy, który następnie skończył ze sobą…
Ten spokojny sobotni poranek został teraz zdominowany przez
tę elektryzującą wiadomość. Gorączkowe poszukiwania w Internecie dalszych
szczegółów: kim byli, czy coś wcześniej wskazywało, że może dojść do tej
tragedii? Dlaczego nikt nic nie zrobił? Czy w ogóle ktoś wiedział o ich
problemach? Setki pytań kłębiły się w głowach: mojej, mojej żony Wali i dwójki
naszych znajomych, którzy postanowili podzielić się z nami swoimi dylematami
via Internet a później też telefon…
Jeszcze bardziej zszokowało nas pytanie na jednym z portali:
czy to ten sam Łukasz, który wcześniej chciał poderżnąć gardła matce i
siostrze? Mam nadzieję, że nie. Chociaż jeśli to ten sam, to widać, że miał
poważne problemy psychiczne… Jak to?! I nikt nic nie zauważył? A może zauważył,
tylko nie chciał się wtrącać…
Nasza znajoma zauważyła, ze przecież nasze społeczności (ta
rodzina należała do kościoła baptystów) są tak małe, że nic się w nich nie jest
w stanie ukryć. Nie zgodziłem się z tym stwierdzeniem: znam przypadki gdy
latami ktoś „świetnie” się krył ze
swoimi złymi skłonnościami, nałogami, oszustwami. Poza tym jest też coś takiego
jak wstyd. Być może żona wolała nikomu nie mówić, że jej mąż czasami wpada w
furie… (Jeśli, oczywiście, tak było.) Druga sprawa to anonimowość – uszanowanie
autonomii rodziny. Nie wtrącamy się, to nie nasza sprawa, jakoś sobie poradzą…
Ale jest jeszcze inny aspekt – i on mnie najbardziej
niepokoi. Podam przykład.
Otóż całkiem niedawno (właściwie tego samego poranku)
otrzymałem inną niepokojącą wiadomość: dzwoniła żona człowieka który jest
„nawróconym alkoholikiem”… No właśnie: co to znaczy? To znaczy mniej/więcej to,
że człowiek ten nadużywał alkoholu, ale od chwili gdy się nawrócił – walczy z
tym nałogiem (z większym lub mniejszym powodzeniem). I właśnie teraz jest ten
czas niepowodzenia. Bardzo mi się zrobił żal tej dziewczyny, która, wychodząc
za mąż za człowieka z taką przeszłością, ufała, że Bóg go zmienił, a jeżeli
jeszcze nie do końca (bo przecież nikt z nas nie jest do końca przez Boga
zmieniony), to zapewne pomału go zmieni i wszystko będzie dobrze…
Tak zapewne myślała też żona Łukasza. Myślała, bo teraz już
nie myśli, nie oddycha, nie żyje.
I co? I gdzie jest Bóg w tym wszystkim? – ciśnie się na usta
pytanie…
Boże gdzie jesteś? Czy rzeczywiście masz moc zmienić
człowieka? Jego charakter? Jago nawyki?
A może to my, ludzie, popełniamy błąd? Zaniedbując siebie
nawzajem? Zaniedbując siebie samych, swój rozwój emocjonalny, psychiczny,
duchowy… Wiem o tym, bo ja też noszę w sobie złe nawyki, i walczę z nimi. Ale
proszę też innych o pomoc. Jak trzeba zwracam się do fachowców…
Przecież tej rodzinie można było pomóc! Oni mogli poprosić o
pomoc – on, albo ona… Dlaczego tego nie zrobili? Dlaczego nikt nie wiedział? A
jak wiedział, to dlaczego nic nie zrobił?! A może ktoś, jakiś duszpasterz
pomodlił się z nimi i od czasu do czasu zapytał, czy wszystko dobrze… Ale to
widać było za mało…
Jakiś czas temu, moi sąsiedzi poprosili mnie żebym
porozmawiał z młodym, około 40-letnim sąsiadem, który ewidentnie nie radził
sobie ze sobą: pił, tracił pracę, rozładowywał na najbliższych swoje złe emocje…
Spotkałem się z nim, szczerze porozmawialiśmy. Podziękował, powiedział że mu
pomogło i poprosił, czy jeszcze kiedyś zachcę się z nim spotkać. Potwierdziłem,
że chętnie. I na tym się skończyło… Dosłownie, bo za kilka miesięcy później gruchnęła
wiadomość że Darek odebrał sobie życie. Podobno często mówił że to zrobi – ale
nikt mu nie wierzył… Byłem na jego pogrzebie, i patrząc na jego zastygłe w
objęciach śmierci ciało nie mogłem wyzbyć się myśli, że czegoś tu nie
dopełniłem…
Kiedyś Kaziu Barczuk miał wygłosić kazanie na pogrzebie
kogoś kto odebrał sobie życie. Jako podstawę kazania obrał werset: „Panie,
gdybyś tu był, nie umarłby brat mój!” – to skarga Marty i Marii sióstr zmarłego
Łazarza, którego potem Jezus wskrzesił. No cóż, powiemy, tamto wskrzeszenie
było wyjątkowe. To był szczególny przypadek.
A co z Łukaszem, co z jego żoną i córeczką? Co z Darkiem, co
z innymi, którzy odeszli w tak bezsensowny sposób?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz